Migawki z Senegalu

,

Z Dakaru do St Louis

Trzy ostatnie dni minęły mi niemal niepostrzeżenie i już nic mnie w tym kraju nie dziwi. Po wylądowaniu na lotnisku z pewnym opóźnieniem dotarłem do hotelu w Dakarze niedługo przed północą, aby następnego dnia już mknąć wynajętą taksówką o te 250 kilometrów na północ do Saint Louis, który kiedyś był stolicą Francuskiej Afryki Zachodniej i nadal można w tym miasteczku poczuć troszkę czaru dawnej epoki. Choć nawet kiedy fotografuję ładne, oryginalne piękne widoki, to innym obliczem w Afryce są wszędobylskie śmieci, a głównie plastik, czego nie są w stanie przetrawić wszechobecne kozy czy stada baranów, których równie dużo jest też na wąskich uliczkach.

Saint Louis ma też nieco lepszą dzielnicę na wyspie, gdzie są hotele i hoteliki dla turystów czy mnóstwo sklepików z afrykańskimi wyrobami oraz dzielnicę rybaków. Tam też się wybrałem, a że po drodze wyłowił mnie tamtejszy rybak i jednocześnie samorzutny przewodnik miałem okazję bez przeszkód zanurzyć się w wąskich uliczkach,. Tam bynajmniej nie chciałbym zamieszkiwać na stałe, choć na pewno nie skarżyłbym się na ubogie życie towarzyskie. Mój przewodnik z dumą też podkreślał, iż niemal idziemy krok w krok śladami prezydenta Macrona, który podobno pojawił się jakiś czas temu.

Na sam koniec zwiedzania mój przewodnik poprosił mnie o drobną wpłatę, aby mógł sobie kupić worek ryżu dla swojej licznej rodziny. W liczbie posiadanych dzieci na pewno mnie przegonił, bo chwalił się, iż ma pięcioro. Do domu swojego mnie już nie prowadził więc i nie mogę tego potwierdzić. Oprócz baranów i kóz czasem rybacy trzymają pelikana, którego użytkowej roli nie jestem  w stanie określić. Na pewno stał w obronie stadka kóz i baranów jak nieco podeszliśmy za blisko.