Minca

,

Poniedziałek

Był poniedziałek, ale w Bogocie rowerzyści nadal królowali na wielu głównych arteriach miasta zupełnie wyłączonych z ruchu kołowego. W tym dniu rano mieliśmy odlot z drugiego terminalu liniami Avianca. Niewielkie lotnisko w pobliżu Santa Marta położone jest nad samym Morzem Karaibskim. Czekając na lot można się przejść kilka metrów i zażyć ożywczej kąpieli. Nie planowaliśmy spędzić tego czasu nad morzem. Jechaliśmy do położonej sześćset metrów wyżej małej mieściny Minca. Miała ona być mekką dla miłośników natury i zwabiała co roku miłośników obfotografowywania ptaków. Minca okazała się być sporą wioską bez ambicji resortu. Trochę małych sklepików, barów, czasem i jakichś jadłodajni dumnie nazwanych restauracjami. Zdjęcia naszej rezydencji widziane przeze mnie podczas rezerwowania wyglądały tak jak w rzeczywistości. Otrzymaliśmy swój własny domek, gdzie zamiast okien były moskitiery z salonem na dole, i sypialnią na górze z tarasem z hamakiem aż zachęcającym do nie robienia niczego poza czytaniem. Przy okazji sprawdziliśmy listę gości w ciągu ostatniego roku i wychodziło na to, iż byliśmy pierwsi w tym miejscu spośród polskich obieżyświatów Stopniowo ściemniało się, ale najprzyjemniej było o tej porze na hamaku, którym można się było jeszcze owinąć, aby uchronić się przed komarami. W nocy światła Santa Marty widoczne były niemal na wyciągnięcie ręki, choć było to ponad 30 kilometrów odległości.

Wtorek

O tej porze roku ruch turystyczny słabnie. W centrum wioski urzędowała instytucja zwana taxi-motocykl. Ale nas interesował czterokołowy pojazd. Chcieliśmy wpaść do Santa Marta, metropolii nad brzegiem morza. Przede wszystkim po to, aby odwiedzić położoną na obrzeżach miasta Quinta de San Pedro Alejandrino czyli hacjendę, gdzie dokonał swego ziemskiego żywota Simon Bolivar. Niestety nie było nic od zaraz. Rankiem wszelkie dostępne auta wyjechały gdzieś tam w trasę i jedynym nas zadowalającym terminem była godzina 14, już po obiedzie. Cena za wejście dla cudzoziemców do muzeum Bolivara była całkiem słona. Nie było wyboru, trzeba było płacić jakżeśmy już taki kawał czasu przejechali. W rozległym kompleksie oprócz historycznego folwarku i młynu cukrowego postawiono wielkie białe mauzoleum oraz nowoczesne muzeum zawierające dzieła współczesnych artystów z różnych stron Ameryki Południowej nawiązujących w dość luźny sposób z osobą Wyzwoliciela. Wieczorem nie opuszczaliśmy naszego domku. Zaczęło wpierw kapać, potem lać, dudnić w dach naszego domku, tak iż nie miałem przekonania czy wycieczka na ptaki z przewodnikiem, który był w tym dniu też i naszym kierowcą, z którym się umówiliśmy wczesnym porankiem dojdzie do skutku.